Doven og lykke

Doven og lykke

Było to, a może i nie było. Dawno, dawno temu żył sobie Leń. Drugiego takiego próżno szukać na świecie. Pewnego razu przyśniło mu się, że idzie, idzie sobie po górach, a na jednej z nich czeka na niego jego własne Szczęście. Nie namyślając się długo, pożyczył od sąsiadów kobyłę, siadł na oklep i wyruszył na poszukiwanie Szczęścia.

Ujechał już kawał drogi, a może i nie, gdy lew mu drogę zastępuje:

– Hej, człowieku, skąd jedziesz i dokąd zmierzasz?

– Szukam swego Szczęścia po świecie – odparł Leń.

– Strasznie boli mnie głowa, ani na jeden dzień nie przestaje. Zapytaj swe Szczęście, co może wyleczyć mą niemoc – poprosił lew.

– Dobrze, zapytam – obiecał Leń i ruszył dalej.

Wędrował długo, aż dotarł do kwitnącego sadu. Ogrodnikiem był tam stary człowiek. Leń pozdrowił go grzecznie. Starzec odpowiedział na jego powitanie i zaproponował:

– Jeśli chcesz odpocząć, to ja przytrzymam za cugle twego konia.

– Nie, dziadku – odparł Leń. – Wyruszyłem szukać mojego Szczęścia i bardzo się śpieszę.

– Ach, jeśli tak, to mam do ciebie prośbę. Jak bym nie pielęgnował mojego sadu, to rokrocznie owoce opadają jeszcze w zawiązkach. Gdzie przyczyna, pojęcia nie mam. Zapytaj więc o to twoje Szczęście.

– Dobrze, zapytam – obiecał Leń i ruszył dalej.

Przyjechał nad rzekę. Patrzy, a tu leży rybisko, łeb z wody wystawia.

– Człowieku, skąd i dokąd jedziesz? – pyta.

– Wyruszyłem na poszukiwanie Szczęścia – odparł Leń.

– Czuję w brzuchu wielki ciężar, że i z miejsca dźwignąć się nie mogę.

Bądź przyjacielem, dowiedz się od twego Szczęścia, co to za utrapienie i jak mogę się od tego uwolnić.

– Dobrze, zapytam.

Pożegnał Leń rybisko i pojechał dalej. Dotarł do ogromnego miasta. Rządy sprawowała tam młoda dziewczyna. Ale oto od kilku lat zaczęła chudnąć, twarz jej pożółkła. Nie pomogły żadne lekarstwa ani mądrość mędrców. Mieszkańcy tego grodu każdego podróżnika, który przybył z daleka, prowadzili do dziewczyny z nadzieją, a nuż cudzoziemiec zna cudowny środek na tę dziwną chorobę. Jeno Leń przekroczył bramy miasta, już go zatrzymują i do pałacu wiodą. Dziewczyna wita Lenia:

– Dokądże wiedzie twa droga, chwacie?

– Po Szczęście swe jadę.

– Uczyń mi przysługę. Zapytaj Szczęścia, jakie jest lekarstwo na mą przypadłość.

Dotarł Leń na koniec na niewielkie wzniesienie. „Przeć że to jest to samo miejsce, które we śnie widziałem” – pomyślał. Przywiązał konia, usiadł i czeka na Szczęście. A ono staje przed nim jak na zawołanie.

– Przybyłeś? – pyta.

– A jakże! – ucieszył się Leń.

– Jeśli tak, weź to na początek, a resztę skarbu potem otrzymasz.

I kładzie Szczęście przed nim kufereczek. Leń kufereczek do siebie przyciągnął i mówi:

– O, Szczęście moje! W drodze do ciebie spotkałem lwa cierpiącego na ból głowy. Orosił o radę, jak może się wyleczyć. A potem droga wiodła przez sad, ogrodnik pytał, czemu giną zawiązki owoców. Spotkałem jeszcze rybę. Uwiera ją i gniecie ciężar w brzuchu i chce się ona dowiedzieć, jak może się tego pozbyć. A bardzo blisko stąd jest miasto, w którym rządzi dziewczyna o twarzy pożółkłej i wychudłej. Żaden lekarz nie może jej wyleczyć. Możesz jej pomóc?

Wysłuchało Szczęście Lenia i rzecze:

– Dziewczyna wyzdrowieje, gdy wyjdzie za mąż. Brzuch ryby jest wypełniony perłami i koralami, trzeba je stamtąd po prostu wygarnąć. Drzewa w sadzie nie owocują, ponieważ pod ich korzeniami jest srebro i złoto. A lew musi zjeść leniwego głupca – wtedy wyzdrowieje.

Szczęście wyrzekło to i poszło. Otwiera Leń kufereczek, a w nim złoto i srebro, i szaty carskie. Wystroił się pięknie, przytroczył kufereczek do siodła i wyruszył w powrotną drogę. Wstąpił do miasta, gdzie żyła młoda władczyni.

– Czy zapytałeś o przyczynę mojej niemocy? – zwraca się do Lenia.

– A jakże! Wyzdrowiejesz, gdy wyjdziesz za mąż.

– Ożeń się ze mną w nagrodę za pomoc. Oddam ci rządy w mieście.

– Nie, nie mogę – Leń na to. – Co mi tam twoje miasto.

I pojechał dalej. Spotkał rybę.

– Czy powiedziało ci Szczęście, jak mogę się uwolnić od ciężaru? -zapytała.

– Jesteś wypełniona perłami i koralami. Ktoś musi je z ciebie wygarnąć.

– Zejdź więc z konia. Weź sobie to bogactwo, a mnie przyniesiesz ulgę.

– Nie mam kiedy. Przede mną jeszcze większe bogactwa.

I pojechał dalej. Spotkał ogrodnika.

– Dowiedziałeś się, czemu nie ma owoców w moim sadzie? – pyta starzec.

– A jakże! Pod korzeniami drzew zalega złoto i srebro. Wykop je, a ogród wyda owoce.

– Jestem stary, nie podołam. Pomóż mi, a podzielę się z tobą.

– Nie, przede mną jeszcze większe bogactwa. Nie będę się rozmieniać na drobne.

Powiedział to i odjechał. Przybył na koniec w to miejsce, gdzie czekał na niego chory lew.

– Zapytałeś, człowieku, w czym mój ratunek?

– Zapytałem. Wyzdrowiejesz, jak tylko zjesz leniwego głupca.

– Czy oprócz mnie prosił cię ktoś jeszcze o przysługę?

– A i owszem. Niedaleko stąd spotkałem ogrodnika. W jego sadzie, pod korzeniami drzew znajduje się złoto i srebro. Jeżeli się je wykopie, wówczas drzewa zaowocują. Dalej natknąłem się na rybisko wypełnione koralami i perłami. Trzeba wygarnąć te kosztowności, a dozna ulgi. Potem zawędrowałem do miasta, w którym rządziła młoda władczyni. Męczyła ją nieznana przypadłość, wyleczyć ją może zamęście.

-I nie ożeniłeś się z nią? – zapytał lew.

– Nie, nie ożeniłem się.

-I nie wydostałeś z brzucha ryby korali i pereł?

– A po co mi to? Przede mną bogactwa niebywałe.

– Oj, głupi, ty, głupi! A i leniwy! Widzę, że to ty jesteś tą cudowną driakwią* na mą chorobę.

Pożarł lew Lenia i natychmiast wyzdrowiał.

Leniom zawsze na zły koniec wychodzi, nawet w bajkach.


* Driakiew – maść kojąca.